Kałdun patronem medialnym najnowszej części przygód szeregowego Leńczyka

Miło nam poinformować, że zostaliśmy patronem medialnym najnowszej, 4. części przygód szeregowego Leńczyka, książki autorstwa Władysława Zdanowicza.
Przedsprzedaż książki ruszy w dniu 10-02-2017.
Wysyłka książek natomiast planowana jest na początek 03-2017.

Zajawka książki:
Patrząc na Polski Kontyngent Wojskowy w Iraku, można dojść do wniosku, że jego obraz w zbiorowej pamięci wygląda podobnie, jak wyglądał obraz pierwszej wojny światowej pod koniec drugiej. Tak naprawdę nikt, poza uczestnikami już o niej nie pamiętał. O służbie w kontyngencie wydano kilka wspomnień.
W tym kontekście należy docenić wysiłek włożony w popularyzowanie tematyki misji irackiej przez autora, Władysława Zdanowicza, który stworzył postać szeregowego Leńczyka, głównego bohatera cyklu „Misjonarze z Dywanowa”. Sądzę, że ta powieść ma największe szanse dotarcia do masowego odbiorcy. Autor skorzystał ze ścieżki wytyczonej wcześniej przez „Przygody dobrego wojaka Szwejka” Haszka, „08/15” Kirsta czy „Paragraf 22” Hellera. W polskiej literaturze wojennej jedynie „kapral Szczapa”, czyli Kazik Mondralski, postać stworzona przez Karola Lilienfelda-Krzewskiego w książce „Kaprala I Brygady Piłsudskiego Szczapy poglądy na rzeczy rozmaite”, może się uważać za, w jakiejś mierze, prekursora Leńczyka. Oczywiście, Leńczyk różni się od Szwejka, kaprala Szczapy, bombardiera Kowalskiego czy kapitana Yossariana. Z czystym sumieniem można go jednak postawić z nimi w jednym szeregu. Tak jak oni, on również „odstaje” w jakiś sposób od otoczenia.
Główną zaletą „Misjonarzy z Dywanowa” i efektem mrówczej pracy autora są opisy sytuacji i charakterystyki bohaterów (w różnych stopniach wojskowych) opracowane na podstawie relacji zebranych od wielu uczestników misji. Dzięki temu książka jest chętnie czytana przez weteranów, którzy odnajdują w niej zarówno „klimat” panujący w bazie, jak i anegdoty z codziennego życia. Z kolei czytelnicy, którzy mają, jak mówiono, „przerwę w życiorysie” w postaci odbywania zasadniczej służby wojskowej, również odnajdą się w opisach życia koszarowego oraz nieformalnych zależności wewnątrz wojska. Co prawda, niektórzy mogą kręcić nosem na sposób przedstawienia przez autora części kadry oficerskiej, ale należy pamiętać, że książka została napisana na podstawie relacji, które z założenia nie są obiektywne, a po drugie, ta książka nie jest dokumentem ale ma bawić i zaciekawiać. Teraz otrzymamy nowy tom kolejnych przygód członków plutonu rotacyjno-dyspozycyjnego i nic więcej nie zdradzą, ale zapewniam, że warto po nią sięgnąć. Jedno powiem, że zabawa jest przednia…

Autor o sobie:

Imię: Władysław
Nazwisko: Zdanowicz
Nick: „Naturszczyk”
Urodzony: 1954 Kwidzyn – Pomezania
Stan cywilny: zajęty nieposzukujący. Syn – Grzegorz( idący własną ścieżką, podobno zajęty jak mówi), córka – Dominika po studiach (podobno zajęta – od dawna i lubię faceta =D )).
Edukacja: przyzwoita, choć mogłaby być lepsza.
Pracuje: gdy przezwycięży lenistwo. Księgarnia internetowa plus pisanie kolejnej powieści.
Hobby: Fotografia, konie – ujeżdżenie, literatura czytelnicza, i planowanie co zrobi jak wygra w Toto Lotka (dworem na jeziorem lub inną wodą, stajnia, ujeżdżalnia i spory park).
Plany: skończyć jeszcze kilka książek i być sympatycznym
Znaki szczególne: nieśmiały, choć gadatliwy. Raczej nie wypije za dużo, ale zawsze ma mnóstwo pomysłów na nowe książki. Łasy na pochwały.
Sympatie: do porządnych ludzi z poczuciem humoru.
Antypatie: do tych co wszędzie byli, wszystko widzieli i wiedzą lepiej, a przy tym są na NIE, bo… zawsze Politycy (przynależność obojętna).
Osiągnięcia: wydanie kilku książek, nominacja do ANGULUSA (2008) zgłoszenie do Najlepszej książki historycznej (2010).
Co lubi: kobiety ( ale tylko popatrzeć, bo żona….) malarstwo( bo zazdrości, że sam nie potrafi malować), muzyka ( każda poza nowoczesną, bo trudno zrozumieć o co tam chodzi.) oglądać telewizję podróżniczą ( bo mogę poznawać świat, będąc domatorem).
Od czego nas chroni: od słuchania jak śpiewa. Wydane książki: Koszta własne – wyd. Czytelnik (1989 r) Misjonarze z Dywanowa Pinky tom pierwszy (2007 r.) Afganistan. Relacja BOR-owika. (2009 r) Misjonarze z Dywanowa. JONASZ tom drugi (2011 r.) Misjonarze z Dywanowa. HONKEY tom trzeci ( X.2012) Afganistan. Relacja BORowika (wydanie drugie autorskie. Bez cenzury) 2015 r.
Trwają zaawansowane prace: Szklany Dzwon ( powieść lumpowska-alkoholiczna), Czasu nie wrócisz (obyczaj o poszukiwaniu pracy przez kobietę 50+ ), Afganistan. Dowódca plutonu (dzieje plutonu USArmy z 2004 roku, podczas jego pobytu w Afganistanie – na faktach i dużo zdjęć). Słownik szer. Leńczyka ( słownik słów używanych w wojsku).
Mniej zaawansowane: o tego jest sporo ale skoro brak konkretnej propozycji, to się nie za bardzo śpieszę.
Plany: Obecnie prowadzone są rozmowy z wydawnictwem we Francji o sprzedaży praw do tłumaczenia Misjonarzy z Dywanowa.

10 000 lajków

DZIĘKUJEMY WAM KAŁDUNIARZE!!!!!!!
Właśnie osiągnęliśmy magiczne 10 000 polubień! Kto by pomyślał…  
Kałdun powoli rozwija się i nadal podąża swoim dzikim torem, na spontanie. Mamy kilka pomysłów na najbliższy czas. Więcej zajęć na powietrzu i więcej wąchania prochu 😉
Bądźcie z nami jak dotychczas. Wasz kontakt bezpośredni jest dla nas szczególnie cenny. Niech Kałdun będzie z Wami!

P.S. Z okazji 10 000 polubień trzeba wreszcie zorganizować jakieś zajebiste strzelanko na powietrzu, połączone z konsumpcją kiełby. Czekajcie w ukryciu. Niedługo jakieś konkrety.

#Kałdun

Upłaz strzela z VISa

11 listopada na strzelnicy „LOK Bochnia” odbyły się zawody strzeleckie pod tytułem „10 strzałów ku chwale Ojczyzny” organizowane przez Klub Grot Bochnia i Starostę bochenskiego. Na zaproszenie organizatorów zjawiłem się z moją kolekcją pistoletów VIS. Dołączyłem do innych kolekcjonerów, między innymi z Koła Strzeleckiego “GROT” Bochnia (http://www.grot-bochnia.cba.pl), czy Małopolskiego Stowarzyszenia Strzelców i Kolekcjonerów Militariów (http://www.militaria.malopolska.pl).

Format imprezy pozwolił tego dnia zjednoczyć, ponad podziałami wszystkich pasjonatów i ciekawskich. Każdy kto chciał spróbować swoich sił w strzelectwie, bez względu na wiek i płeć, mógł tego dokonać pod czujnym okiem instruktorów wywodzących się z klubów strzeleckich oraz policji i wojska.

Wyjątkowości wydarzeniu nadało pojawienie się specjalnego gościa, jakim jest Pan kpt. Aleksander Tarnawski ps. “Upłaz”. WIzytę od razu rozpoczął od oglądania ekspozycji. Porwany do udzielenia wywiadu dla TVP, zdążył jeszcze porozmawiać chwilę z chłopcem. Robiłem zdjęcia, więc mogłem usłyszeć o czym rozmawiali. Pan Aleksander dziwił się, że ulubionym przedmiotem chłopca jest matematyka 🙂 Chłopiec zapytany przez dziennikarza czy wie z kim rozmawia, odpowiedział “tak, ten Pan jest bohaterem”…

Pan Aleksander ucieszył się z możliwości postrzelania z VISa. Dawno z niego nie strzelał, a o ile dobrze pamiętam, to właśnie z VISa trenował strzelanie podczas swojego szkolenia w Anglii. Ku zdziwieniu wszystkich, Pan Aleksander rozpoczął od strzelania dubletami. Zapytany o to dlaczego tak strzela, odparł, że tak był szkolony. Oprócz VISa, Pan Aleksander strzelał jeszcze z Walthera P38, HK USP, Smith & Wesson M&P VTAC, Onyksa. Musieliśmy kilka razy donosić amunicję, bo Pan Aleksander ciągle chciał jeszcze 🙂

Prosząc o autograf, przyznałem się, że był on pierwszą osobą, która strzelała z tego VISa, odkąd sprowadziłem go z Niemiec kilka lat temu. Ucieszył się. Zapowiedział się też na kolejną edycję!

W sumie w pikniku, razem z panem Aleksandrem, brało udział 3 Cichociemnych…
“Przed przystąpieniem do organizacji pikniku uważnie przczytalem książkę o losach naszego gościa honorowego. To właśnie ta lektura była zapalnikiem pomysłu zaproszenia Pana Kapitana Tarnawskiego. Spotkanie z Panem Aleksandrem w tych okolicznościach, zapewnienie mu wygodnego transportu i komfortu na strzelnicy pełnej ludzi, żywo zainteresowanych zarówno różnorodnymi konstrukcjami strzeleckimi jak i gościem honorowym, pozwoliło mi bliżej poznać “patrona”. Ta znajomość, rozmowa, wymiana kilku spostrzeżeń na temat szaty graficznej plakatów, treści na nich ujętej pozwoliła mi lepiej zrozumieć Cichociemnego i spowodowała, ze po raz kolejny przewartościowałem swój światopogląd dotyczący otaczającej nas rzeczywistości…” Powiedział jeden z nich…

#Kałdun

Robota.

BRRRRRRRRRRRRRRRRRRRT!!! – dzwoni, wibruje i mruga telefon w zatłoczonej kolejce w Lidlu.
Ręka ozdobiona gigantycznym taktycznowstrząsowyoszarym zegarkiem Zunn-to, ewentualnie G-szokiem, wyjmuje gigantyczny telefon w pancernym (lewel NIJ IVA) wodoodpornym gumowym etui z kieszeni przyozdobionej składanym nożem Szajserko i wprawnym ruchem przykłada fablet do ogolonej głowy ze świńskim zarostem pokrytym lepkim masłem do brody, zwieńczonej czapką z daszkiem w maskowaniu Chujdrejk Nałtiljus, mieniącej się cichym blaskiem wygaszonych naszywek pokrytych gęstym szlakiem okultystycznych celtyckich runów i wojskowych symboli.
SICARIO: “Co jest kurwa?”
Ściszony głos, nie mogę Ci powiedzieć: “Siema, możesz nawijać?, w jaskini jesteś? Temat jest polityczny, szpaki na drutach, nie na kable.”
S: “Tak, ale jestem na śliskim. Nie mogę gadać.”
ŚGNMCP: “Spoko nie namierzą, dzwonię z niezarejestrowanego popa. Jest temat do opierdolenia na miękko.”
“Praca na palcu?”
“Tak, jest ekipa?”
“Tak, jest ekipa od konkretnej roboty”
“Tak, pracowali na palcu?”
“Tak, ale trzeba poczekać aż wróci, mają krótko do emki.”
“Tak, nie na kable”
“Wiadomo, nie na kable, śliski telefon, szpaki na drutach, temat jest polityczny.”
“…ogarniają konkretną robotę?”
“Tak, robili już na kontraktorce, ekipa po misjach, Sochaczew, Nysa Łużycka, jeden gość z Krosna…. chodzili na ostrej…mocna ekipa…”
“Praca jest na szwach”
“Pogadam Andrzejem. Znasz Andrzeja?”
“….którego Andrzeja?”
“Andrzeja od nas.”
“…a jak ma na imię?”
“Nie mogę Ci powiedzieć.  Andrzej to ksywa. Ma na imię Andrzej.”
“Tak, ogarnia tematy na mieście po starej fali?”
Tak, ma konkretną ekipę.…dawno nie pracowałem na palcu, dobrze ze jest temat do opierdolenia, bo tu na parkingu już ochujałem. Pamiętasz ostatni wyjazd?”
“Tak, codziennie obok łóżka miałeś dwa wiadra świeżych oczu
“Kurwa. Trzeba poczekać aż wróci. Szkoda że nie mamy bułki dla tych ptaków”
“Wiesz kiedy Andrzej wróci?”
“Nie wiem.”
“Ale?”
“…ale będę wiedział”:
#PREZES

Sto karabinów prezesa. I/II

Sto karabinów Prezesa.

Część pierwsza – zimna wojna. 

Wydarzenia opisane poniżej nigdy nie miały miejsca.

Podzielę się z Wami, drodzy czytelnicy, osobistym doświadczeniem z rożnymi formami uzbrojenia, jakie zbieram od ostatnich 35 lat. Mam nadzieję że skorzystacie z oceanu mojej wiedzy. Opisane poniżej wydarzenia i konstrukcje są tylko tworem mojej wyobraźni oraz ułomnej pamięci. Nie następują w chronologicznym porządku, niektóre z nich mogły funkcjonować równolegle. To są bardziej pewne etapy ewolucji mojego myślenia na temat zorganizowanego zabijania ludzi jakie zebrałem w życiu. Felieton podzieliłem na dwa etapy. Wasza nieukształtowana psychika mogłaby nie wytrzymać całego przekazu na raz, a muszę chronić niewinnych. W pierwszej części przedstawiam konstrukcje improwizowane, produkowane w warunkach konspiracyjnych, okresu wczesnego dzieciństwa i walk ulicznych. W drugiej części będą opisane konstrukcje bardziej zaawansowane technologicznie, przedstawione w bardziej praktycznym kontekście burzliwej młodości. Ten materiał powinien zamknąć usta wszystkim śmiałkom, którzy twierdzą że na broni się nie znam, gdyż jak dowiecie się z poniższej lektury, moje doświadczenie z bronią wszelaką nie jest banalne – choć dopuszczam do świadomości myśl że ktoś może wiedzieć więcej.

Mauzer dziadka.

drewniany-mauser

Pierwszą bronią jaką dostałem do ręki był drewniany mauzer. W sumie dwa, jeden dla mnie, drugi dla brata. Wykonał go mój dziadek, który po przeżyciu okupacji został stolarzem. Mauzery były w skali 1:0,75 – trochę mniejsze od oryginałów żeby 5 latek mógł je unieść. Jak w OT. Dlaczego Mauzer a nie proletariacki Mosin – nie wiem, doszukuje się w działaniach dziadka podłoża ideologicznego. Mauzery były wykonane bardzo solidnie, z ciemnego jesionu, pomalowane na czarno wraz z parcianym pasem nośnym. Budziły zazdrość na całej dzielnicy – no, wtedy może tylko na ulicy, ze względu na ograniczony zasięg spieszonych pięciolatków. Brak był jakichkolwiek części ruchomych. Napędzane jedynie wyobraźnią, siła rażenia: “liczysz do dziesięciu!”. Bardzo dobrze licowały z kilkoma puszkami do MG-42, które się walały jeszcze wtedy na strychu dziadków i drewnianych trzonków do granatów M24 którymi do siebie rzucaliśmy. Los skrzynek amunicyjnych do dzisiaj nie znany. Legenda głosi że na niemieckich skrzynkach do amunicji był napis “nie oszczędzać”. Jedna z zapamiętanych z tego okresu anegdot, zasłyszanych od dziadków, mówiła że do szamba na obejściu zaraz po wojnie pradziadek wyrzucił “…pięknego kieszonkowego Walthera z rękojeścią z kości i inicjałami… (w domyśle własność samego Hermana Goeringa). Dorastając nie mogłem tego zrozumieć, jak można było taki fant utopić w gównie, ale później babcia wytłumaczyła mi że po prostu nie chcieli być rozstrzelani wraz z całą rodziną przez bolszewików za posiadanie broni w 1946. W sumie logiczne. Dziwne, ale logiczne. Tak, były plany osuszyć szambo w poszukiwaniach zaginionej klamki, ale nigdy nie doszły do skutku. Tak samo jak poszukiwania arsenału rzekomo zakopanego w sadzie na utraconym rodzinnym majątku na kresach. Problem polegał na tym że mimo jasnego przekazu że stryj z dziadkiem zakopali “…dużo broni i amunicji, 16 kroków na wschód od jabłoni za korytem dla świń…”, nie wiadomo od której. Tam jest dużo drzew. Jak by ktoś znalazł kiedyś pod Lublinem kilkanaście Szmajserów to są moje. Pierwszą marką broni którą pamiętam z tamtych czasów to Steyr Mannlicher. Dwadzieścia lat później otarłem się o ich konstrukcje zawodowo.  Pierwszy wykopany relikt, podczas budowy domu,  destrukt karabinu Lebel Mle 1886.

Wnioski: Odwzorowując sceny walki z czterech pancernych, krzycząc “dostałem!” nie można się puścić drzewa na którym się siedzi. Można spaść na głowę co raz mi się przytrafiło. Reszty nie pamiętam.

Napalm syntetyczny i broń laserowa.
Kolejną bronią w naszym arsenale był patyk owinięty folią. Dziadek przykrywał sterty leżakującego drewna folią. Taka gruba folia z bakelitu, towar deficytowy w latach 50-tych. Odkryliśmy, bawiąc się zapałkami (kto dał dzieciakom zapałki i gdzie byli rodzice pozostaje zagadką) że wystarczy owinąć patyk kawałkiem folii, podpalić, i można uzyskać efekt kapiącego syntetycznego napalmu. Napalmem tym oblewaliśmy bujną roślinność w ogrodzie, głównie chwasty. Były to czasy przed Monsanto. Po kilku dniach całe połacie ogrodu przypominały postapokaliptyczną pustynię. Paląca się folia wydawała przy tym fantastyczny odgłos – coś jak w dźwięk działek laserowych (spoiler: w kosmosie nie ma dźwięków) Gwiezdnych Wojnach. Podobny patent jest pod koniec filmu “RAMBO Pierwsza Krew.” – sceny w kopalni. Skopiowali to od nas. Pierwszy napalm. Tego się nie zapomina i do wątku napalmu wrócimy wielokrotnie. Równolegle wykorzystywaliśmy szkła powiększające do palenia mrówek i plastikowych żołnierzyków w skali 1:72. W tym nie ma nic odkrywczego, może z tą różnica że mieliśmy dostęp do płaskich, plastikowych soczewek Fresnela (Augustin Jean Fresnel 1788-1827). Dobrze że nie mieszkaliśmy w okolicy Templewa, prawdopodobnie wytłuklibyśmy wtedy te atomowe mrówki niedawno odkryte przez naukowców. Ale kto wie, wtedy atomowe bunkry były w zonie. Może byśmy tam nie weszli. Skupione światło jest bardzo ekologiczne, i gdyby dzisiaj tą broń rozwijano (soczewki na orbicie geostacjonarnej), świat byłby lepszym miejscem.

Wnioski: Dzieci bawiące się napalmem są  w stanie się nie poparzyć i nie spalić domu. Dziwne.

Katapulta na błoto, bunkier oraz płyn Lugola.

lugol

Na skutek eksplozji w Czarnobylu, i obowiązkowej dawki płynu Jeana Lugola – najokropniejszej rzeczy jaką miałem kiedykolwiek w ustach, (oszczędzę czytelnikowi dygresji na ten temat) postanowiliśmy we własnym zakresie zadbać o swoje bezpieczeństwo przed bronią masowego rażenia i zaczęliśmy kopać w ogródku bunkier. Naturalna reakcja dzieci na otaczający nas wtedy świat a podręcznik do przysposobienia obronnego nie zostawiał złudzeń. Dzisiaj dzięki solidnej dawce promieniowania, jesteśmy w elitarnym gronie ludzi, którzy skosztowawszy specyfiku Lugola, nie cierpią dzisiaj na żadne alergie, uczulenia i mogą jeść gluten w nieograniczonych ilościach. Dlaczego jedynym lekarstwem na chorobę popromienną, jakim dysponowało ówczesne państwo była 19-wieczna mikstura – nie wiem. To prawie tak jak przetrwać Hiroszimę i Nagasaki. Dziękuję Ci bezduszny totalitarny systemie za rozwinięty system obrony cywilnej, na który musiałeś pożyczyć kilkadziesiąt wagonów złota za które ratę kredytu spłacam do dzisiaj. Wracając do bunkra. Okazało się, że jak zaczęliśmy kopać, to generujemy duże ilości gliny. Warunki terenowe były trudne. Sposobem na zużycie gliny była improwizowana katapulta – deska, belka, jakiś zawias od drzwi. Z jednej strony kładło się kulę glinobłota, z drugiej waliło nogą. Glina leciała wysokim łukiem na drugi koniec ogródka – zasięg 15-30m. Szybko okazało się że jest potrzebny obserwator do korekcji ognia. Celem oczywiście była niekopiąca bunkra część obsługi katapulty – czyli mniejsze i wolniejsze dzieci z ulicy. 1-2 procent wystrzelonych pocisków trafiał w cel, więc wystrzeliliśmy setki pocisków. Cały czas w tle, w systemie zmianowym, trwała budowa bunkra. Skończyło się na pokaźnej transzei mogącej pomieścić 2-3 dzieciaków. Miejsca nie starczyło dla wszystkich ale rozumieliśmy że wojna atomowa wymaga poświęceń i wszyscy i tak nie przeżyją. Co ciekawe, bunkier posiadał OHP – Over Head Protection, wykonana z solidnej blachy okrętowej 3mm (pozyskana ze stoczni zapewne, źródło wszelkiej stali) przysypanej grubą warstwą gliny. Nie było tam przypadku.

Wnioski: Skoordynowana grupa dzieciaków w wieku przedszkolnym jest w stanie się okopać, prowadząc równocześnie obronę – jeżeli jest dobrze dowodzona i zmotywowana.

Patyk z jabłkiem
Centralnie planowana gospodarka czasów słusznie minionych sztucznie kreowała deficyt na wiele towarów, ale również generowała nadprodukcję innych w pogoni za przekroczeniem kolejnej normy. U nas takim nadmiarowym produktem były jabłka. Za dużo drzew, za mało słoików. Albo cukru. Czegoś brakowało i jabłek nikt nie zbierał do końca. Rzucanie do siebie jabłkami było oczywiste i nie wymaga wytłumaczenia, ale pewnego dnia wpadliśmy na pomysł że takie jabłko nabite na półmetrowy patyk i ciśnięte z pełnym zamachem ma o wiele większą prędkość wylotową. Po uderzeniu w ścianę eksploduje. Zasięg 30-40m. Metoda stosowana przez ludy pierwotne. Kiedy w Egipcie wznoszono piramidy, Aborygeni używali podobnego rozwiązania – woomera – do wyrzucania oszczepów z wielką prędkością. Kiedy 40 000 lat później połączono telegraficznym kablem transatlantyckim Amerykę północną z Europą w celu wymiany cen papierów wartościowych, Aborygeni nadal używali woomery do wyrzucania oszczepów z wielką prędkością.

Wnioski: Murarze połowy lat 80-tych osiągają zdumiewającą prędkość kiedy zostaną ostrzelani przez gówniarzy z jabłkami na patyku. Potrafią się rzucić w pościg nawet jak pracują na rusztowaniu na trzecim piętrze. Szkoda że nie uwieczniłem wiązanek jakie sypali w naszą stronę. Nie wiedziałem że język polski ma tak bogaty repertuar.

Kempy trawy i Arcticum lappa
O tej prostej ekologicznej broni miotanej wspomnę już tylko przez sentyment. Na szkolnej przerwie, należało wyrwać kępę trawy.  Oczywiście z ziemią, i rzucić koledze w głowę. Najlepiej w twarz. Mówię o tym bo to jest broń ekologiczna – pomagaliśmy w ten sposób naturze się rozprzestrzenić w betonowej dżungli. Dodatkowo, jest to nostalgiczny znak czasów minionych. Obecna młodzież wydaje się być zbyt upośledzona żeby wpaść na ten sposób zabawy. Tym samym dzieciaków walących do siebie ziemią z trawą nie widziałem od 1989 r. Permutacją walki na trawę było rzucanie do siebie rzepami. Czyli liśćmi łopianu większego, popularnego “rzepa“.  Najlepiej w głowę i najlepiej we włosy. Jadąc na rowerze. Walka miała dwa etapy. Pierwszy to zaopatrzenie się w dostateczną ilość rzepa w pobliskich krzakach. Rzep przyklejało się bezpośrednio do własnej odzieży, koszulki lub swetra. To był protoplasta kamizelki taktycznej – amunicja bezpośrednio noszona na mundurze, zaginiona technologia lat osiemdziesiątych. Drugi etap, wymagający znaczniej koordynacji, polegał na walce kołowej i obrzucaniu się rzepem. W sytuacji idealnej, pojedynek kończył się spektakularną wywrotką na betonie, lub co najmniej niemożliwym do usunięcia kołtunem rzepów i włosów.

Wnioski: wszystko może być bronią.

Korki i opony

korki

Pierwszym prawdziwym materiałem wybuchowym z jakim miałem kontakt były popularne wtedy “korki”. Jakim cudem ktoś dopuścił inicjujący materiał wybuchowy pierwszej kategorii – miksturę Armstronga  do pospolitego obiegu nie wymagając żadnej koncesji lub pozwolenia, sprzedając masowo materiał wybuchowy wrażliwy na dotyk dzieciom – pozostaje nierozwiązaną zagadką. Korki, służyły do nabicia blaszanego pistoletu. Eksplodowały po nakłuciu prostą drucianą iglicą. Do nabijania korkowców intuicyjnie służyła otwarta dłoń – jeżeli ktoś zapomniał odciągnąć najpierw iglicę, zostawał z fantastycznym poparzeniem chemicznym drugiego stopnia na dłoni. Częsty błąd. Coś jak sekwencja magazynek-zamek-spust, którą do dzisiaj nie wszyscy amatorzy mocnych wrażeń i strzelectwa artystycznego opanowali poprawnie. Oczywiście strzelanie z korków było dla nas zbyt banalne. Korki należało obrać. Czyli oskubać eksplodujące wnętrze z otaczającej je masy papieru i trocin. W Kambodży nigdy nie byłem, ale wiem co czują tamtejsi saperzy. Obrany korek już eksplodował od samego upadku na ziemię. Sam z siebie, od patrzenia też eksplodował. W szkole podstawowej obrane korki służyły do minowania krzeseł nauczycieli (grubsza afera) lub drzwi i desek klozetowych w szkolnych kiblach. Obieranie korków było przywilejem dostępnym tylko dla nielicznych wybrańców. Puszczały nerwy. Korki nie były dostępne w ciągłej sprzedaży – pojawiały się okresowo i wtedy fala prowizorycznych “ajdików” zalewała osiedle. Do wyczerpania zapasów. Korki też można było rzucać na drogę, żeby przejechał je samochód. W całej wiosce były dwa auta – wołga sołtysa i mały fiat jakiegoś marynarza, więc trzeba było trochę poczekać na przejeżdżający pojazd. Lepszy efekt akustyczny był osiągany w pobliskim tunelu. Kierowcy byli wniebowzięci. Okazało się – metodą prób i błędów – że dwie paczki korków sklejone razem gumą arabską, mogą uszkodzić oponę w małym fiacie. Tak sklejona paczka była podkładana pod opnę zaparkowanego pojazdu i obserwowana z bezpiecznej odległości. Podobno.

Wnioski: Korki lepiej obierać kiedy są mokre. Szkoda że na to wtedy nie wpadłem.

Kapiszony w ilości hurtowej

kapiszony

Amunicją wybuchową, uzupełniającą korek, był jego młodszy kuzyn, kapiszon. Sprzedawane w okrągłych paczkach po sto (czy to było dwieście?) sztuk, stanowiły dodatkową amunicję do korkowców – w lufę bowiem wkładało się korek a pod kurek kapiszon – korkowce były Double Action Only – z pamięci, ale skoro nie wiem jak dokładnie działa DAO i nie chcę się nad tym zastanawiać, to mogę się mylić. Kapiszony w tych małych czerwonych plastikowych wypraskach nie były znane ówczesnej nauce. Oczywiście nikt tego nie robił na tym etapie piromanii, na której my już wtedy byliśmy. Najprościej było wysypać kapiszony luzem na beton i walić w je młotkiem. Takim fest, półtorakilowym. Wariacją na temat było wysypanie korków na beton, oblanie rozpuszczalnikiem NITRO (dobre źródło trudno dostępnego Acetonu – niezbędnego do produkcji metaamfetaminy, jak się później miało okazać) i podpalenie. Płonący rozpuszczalnik detonował rozsypane kapiszony. Mała rzecz a cieczy. Na skutek następujących transformacji ustrojowych, dziwne rzeczy działy się z ekonomią. Gałka lodów kosztowała 34 000 000 złotych, a paczka kapiszonów 85 złotych. Lodami jeszcze nikt wojny nie wygrał, dodatkowo panowała Salmonella, więc okazało się że w naszym połączonym budżecie podwórkowej bandy możemy kupić wszystkie kapiszony dostępne w dwóch sklepach papierniczych na dzielni. Dlaczego materiał wybuchowy był sprzedawany w sklepie papierniczym? Ktoś wie? Dlatego właśnie komunizm musiał upaść. Okazało się że kapiszony są dostarczane w opakowaniach zbiorczych po dziesięć pudełek – rulon owinięty papierem, a te rulony pakowane w są paczki po dziesięć rulonów. Z pamięci. W 1989 mieliśmy więcej kapiszonów niż Nicolae Ceaușescu kałasznikowów. Różne eksperymenty łączące Nitro z rulonem kapiszonów zapoznały nas ze zjawiskiem deflagracji. Ta wiedza się przydała kilkanaście lat później w partyzantce.

Wnioski: Płyny łatwopalne i materiały wybuchowe, kiedy zmieszane razem nadal się palą i nadal eksplodują, mimo tego że są mokre.

Broń EMP.
Na materiałach wybuchowych i płynach zapalających nasz arsenał się nie kończył. Byliśmy pierwsza formacją w Polsce, wyprzedzając epokę, która wprowadziła na stan broń elektromagnetyczną. Zabawa polegała na pozyskaniu kondensatora, możliwie dużej pojemności 12-20 micro Faradów, przytwierdzeniu go do patyka, naładowaniu bezpośrednio z gniazdka prądem 220V (tak, 220V, a nie tym imperialistycznym 230V!) i dotknięciu kolegi, najlepiej w głowę. Problem polegał na tym że w gniazdku było 220 @50 Hz, a pojemność naszych kondensatorów miała tylko wspomniane 12-20 micro F, więc proces ładowania trwał nanosekundę. Trzeba było tylko musnąć gniazdko żeby kondensator się naładował. Wzorowaliśmy się na lekturze filmu “Obcy – ósmy pasażer Nostromo”, gdzie astronauci gonią potwora w pierwszym etapie horroru elektrycznymi pastuchami. Jako że już wtedy byłem powolny, najczęściej dostawałem takim kondensatorem. Oczywiście w głowę. Strach przed samym porażeniem był większy niż zadawany fizycznie ból. Więcej osób doznało samoporażenia ładując kondensatory niż poległo w walce. Początki zawsze są trudne.

Wnioski: Lepiej dostać naładowanym kondensatorem niż korkowcem z przystawki w głowę.

Łoś – kamikaze.

kamikaze-pilot

Ilość zabawek w tym czasie była relatywnie ograniczona. Co również powodowało pewną klęskę urodzaju. Na przykład plastikowe modele w skali 1:72 były dostępne w dwóch wersjach – samolot bombowy PZL.37 Łoś  i  szturmowy IŁ-2m3. Kiedy już każdy wariant został sklejony, a były one relatywnie tanie, okazywało się że mamy je w dużym nadmiarze. W połowie fazy korków / kapiszonów i rozcieńczalnika NITRO (jeszcze wtedy nie wpadliśmy na to że można ten klej modelarski lub NITRO po prostu kirać, byliśmy zbyt otumanieni po płynie Lugola żeby o tym myśleć) naturalną ewolucją było zapakowanie samolotów materiałem wybuchowym i podpalenie. Modele czołgów (znacznie rzadsze, za to większych gabarytów) były podpalane na ziemi, modele samolotów podpalane i puszczane z okna. Z perspektywy czasu najdziwniejsze jest to że nigdy żadna osoba dorosła nie interweniowała. Albo nikt się nie przejmował naszym losem w 16-osobowej rodzinie, licząc na to że jak połowa zginie to jeszcze połowa przetrwa, albo to było tak naturalne jak dzieciaki grające w Playstation dzisiaj lub zbierające Pokemony w upośledzonym amoku. Prawdopodobnie wszyscy dorośli w systemie totalitarnym byli tak zajęcie przygotowaniami do wojny atomowej o pokój że takie zachowanie było wręcz wzorem normalności. Za każdym razem w modelu był pilot – jeden z żołnierzy armii 1:72, która była dostępna w takich plastikowych woreczkach po 25 sztuk. Wybór żołnierzyków był większy, ale też się powtarzały. Jedną z modelarskich frustracji tego okresu to brak jakichkolwiek farb do modeli. Modele malowaliśmy plakatówkami albo farbą olejną do ścian. Później, już po ucieczce do Berlina Zachodniego, kiedy pierwszy raz zobaczyłem normalny sklep modelarski i paletę farb HUMBROL, nie wiedziałem co się dzieje. Więc na znak protestu przed brakiem farby, modele były palone i wysadzane. To była era przed dornami, stąd niezbędny był pilot. Każda forma walki kojarzyła się z nieuchronną koniecznością ostatecznej ofiary. Prawdopodobnie te szkolne apele gdzie fałszujący pierwszoklasiści obiecują w pieśni polec na dnie Bałtyku, broniąc dostępu do morza miały w tym swój znaczący udział.

Wnioski: Wszystko się pali.

Benzyna i mydło.
Po kilku latach edukacji, kiedy już miałem dostęp do biblioteki i skończyłem w trzeciej klasie szkoły podstawowej “Wyspę Złoczyńców” autorstwa Zbigniewa Nienackiego – do dzisiaj się zastanawiam co ta książka, gdzie trupy były obgryzane do szkieletu przez mrówki w poniemieckich bunkrach, robiła w rękach dziewięciolatka (z drugiej strony dobrze że nie powieść “Wielki Las” tego samego autora) znalazłem się w posiadaniu książki Ireneusza Nowaka “Broń Zapalająca”. Nasuwa się automatycznie pytanie co ta książka robiła w szkolnej bibliotece, ale z drugiej strony czytaliśmy już wtedy Medaliony Zofii Nałkowskiej – zbiór opowiadań o obozach koncentracyjnych. Moja babcia mówiła że mydła z tam opisanej gdańskiej manufaktury używali w gospodarstwie podczas okupacji jak każde inne, tylko mniej się pieniło. W porównaniu do tych utworów, beletrystyka o broni zapalającej była niczym wyjątkowym. Moją uwagę przykuł obszerny rozdział o napalmie, którego namiastkę próbowaliśmy zrobić w zakresie własnym. Okazało się że wygrywającą kombinacją był płyn do mycia naczyń “Ludwik” styropian oraz rozpuszczalnik Nitro. (Skąd dostęp dziecka do tak deficytowego płynu zapalającego jak Nitro, w takich ilościach – nie wiem). Powstała na skutek tego maź paliła się doskonale. Dodanie ludwika było prawdopodobnie bez sensu, ale nie wiedzieliśmy lepiej. Mimo że do prawdziwego, amerykańskiego napalmu, było nam daleko, to satysfakcja zrobienia czegoś samemu, od podstaw, pozostała. Niespełnionym do dzisiaj marzeniem było zrobienie opisanego w tej książce elektronu. Jeżeli pan Nowak to czyta, serdecznie Panu dziękuję, zmienił Pan moje życie na lepsze!

Wnioski: – naprawdę wszystko się pali.

Pierwszy Barnett na gumę.
Jedną z pierwszych produkowanych seryjnie broni jaką miałem na stanie była proca firmy Barnett. Taka firmowa, na rurki chirurgiczne z blokadą na przedramię. Ciągnęła całkiem nieźle i strzelaliśmy z niej 12mm kulkami od łożysk, które ktoś z członków rodziny wynosił ze stoczni w większych ilościach. Nie wiem po co komu były łożyska ślizgowe fi 150mm, nie pasowały raczej do żadnego pojazdu, może ktoś w domu lotniskowiec składał z części. Nie wiem. Jest to możliwe. Niestety proca uległa uszkodzeniu – rurki chirurgiczne gdzieś się poprzecierały a były towarem deficytowym. Mój ojciec przyszedł na ratunek, i w przerwie od robienia kuszy (patrz rozdział poniżej o kuszy), wytoczył profesjonalną, szlifowaną procę z drewna dębowego. Proca miała skórzaną łatkę i była napędzana 50-70 gumkami modelarskimi o przekroju 1mm. Gumki dostępne w składnicy harcerskiej, zaraz obok Pewexu na Władysława IV, obok stosów modeli bombowców PZL.37 Łoś i szturmowców Ił-2m3. W ten sposób nawet awaria jednej gumki nie wyłączała procy z akcji. Proca okazała się najbardziej śmiercionośną bronią w naszym arsenale i pochłonęła szereg ofiar. Pierwszą był kolega Sebastian, który twierdził że mu nie strzelę w głowę. Strzeliłem mu w głowę i zamiast oka wybiłem jedynkę. Stalową kulką od łożyska 12mm. Zero konsekwencji. Pobiegł z rykiem do domu, rodzice nie przyszli, nic się nie stało. Nabrałem pewności siebie. Kilka dni później inny kolega (Mariusz?) twierdził że mu nie strzelę w głowę. Nauczony doświadczeniem, strzeliłem mu tylko w kolano. To samo. Zero konsekwencji, a szacunek na dzielni (ulicy) wzrósł. Potem relacjonował że nie czuł bólu, zobaczył tylko światło. Dwa kolejne razy nie byłem strzelcem, jedynie obserwatorem, ale broń zbierała swoje żniwo. Sąsiedzi mieli psa. To jest interesujące że w tym momencie będziecie oburzeni – dzieciaki podpalające świat nie wywołają tyle emocji co poniższy tekst.Trochę mnie to wali, ale interesujące że macie empatyczny związek z jakimś teoretycznie istniejącym 28 lat temu psem. Dlaczego z góry zakładacie że mu się stanie coś złego? Nawet jeżeli macie ku temu przesłanki. Zastanówcie się lepiej nad jedną z tych wojen, na które nie reagujecie w najmniejszym stopniu. Dygresja. Więc. Bulldog sąsiadów – wabił się Barry (dziwnie niesłowiańska nazwa dla psa. Przypadek?) lubił skakać na przechodniów i ich przewracać, a sąsiedzi krzyczeli wtedy głośno zza płotu że …on nie gryzie…. Pewnego dnia Barry miał pecha bo skoczył na mojego ojca. Tata, poszedł po proce (a mógł pójść po kuszę – na marginesie, pracował nad systemem zagazowania wróbli na poddaszu, szkolny pseudonim: Hess, projekt skończył tylko na desce kreślarskiej), i strzelił Barremu w dupę z jednego metrów kulką od łożyska ze stali chromowanej 52100 fi 12mm. Barry przestał szczekać. Przestał cokolwiek robić, po prostu leżał do końca swoich dni na wycieraczce i jak widział starego to uciekał. Jak widział kogokolwiek to uciekał. Rzeczywiście potem już nie gryzł. Sąsiedzi też już nic nie mówili. Jak nie jesteście w stanie strzelić do psa, to jak chcecie strzelać do ludzi?

Ostatnią ofiarą procy był pojazd. Dla draki kolega strzelił z 40m w przednią szybę zaparkowanego dostawczego Żuka (FSC ELTRAMCO 1959-1998). Strzelał jak Lee Harvey Oswald, z balkonu naszego domu. Do dzisiaj nierozwiązana zagadka ulicy Wrocławskiej. Szyba w Żuku pękała w kilku znamiennych fazach. Najpierw kula przeleciała jak z karabinu przez środek, na wysokości głowy kierowcy. Potem cała szyba pokryła się pajęczyną pęknięć. Potem cała zrobiła się biała. Potem wybuchła na tysiąc odłamków i spadła do wewnątrz Żuka. Tak to wszyscy uczestnicy zdarzenia zgodnie pamiętają po 28 latach od zajścia. Właściciel Żuka (pamiętam że miał bardzo spokojnego psa, który całymi dniami leżał tylko na wycieraczce i się nie ruszał), handlujący na lewo kradzionym węglem, miał niezłą zagadkę kiedy znalazł rozwaloną szybę, a w oparcie kierowcy wbitą kulkę stalową fi 12mm. Nikt nie podejrzewał trójki 4-6 klasistów. Tutaj ciekawa dygresja. “Akcja Żuk” miała ważny wymiar planistyczny, dzisiaj to korporacje nazywają damage control, (Amerykanie RICO) w naszej przestępczej karierze. Zaraz po wydarzeniu została ustalona wspólna wersja wydarzeń, szereg popierających się wzajemnie niepodważalnych alibi, uniemożliwiających umiejscowienie naszej trójki w promieniu 45 kilometrów od miejsca zdarzenia. Nikt się nie wysypał i do dzisiaj nie ponieśliśmy żadnej konsekwencji. Brat grał na klawiaturze, ja grałem na Atari, kolega patrzył się jak ja grałem na Atari. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Takie były zasady ulicy.

Wariacją na temat broni miotanej, była klasyczna proca typu “Dawid” (hebr.דָּוִד). Ta sama, z której Dawid powalił Goliata (interesujące że zapis pojedynku jest zarówno w Starym Testamencie jak i w Koranie) – dwa sznurki i skórzana łatka. Do dzisiaj używane w Palestynie i na okupowanych terytoriach. Z powodu naszego uwstecznienia, nazywaliśmy to wtedy “procą Azteków” – chyba padliśmy ofiarą jakiegoś komiksu. Do łatki wkładało się kamień rozmiarów jaka i kręciło energicznie nad głową, w krytycznym momencie puszczając jeden sznurek. Jak w Starym Testamencie. Wymagało to wprawy i były dwie możliwości. Pierwsza to zabicie stojących wokół kolegów, druga to wystrzelenie kamienia na dwieście – trzysta metrów. Miotany w ten sposób kamień znikał z pola widzenia. W cel powierzchniowy, jakim były szklarnie lokalnych badylarzy, można było trafić siedmioma rzutami na dziesięć na takim dystansie. Niszczenie szklarni było odruchem walki klasowej zaktywizowanego kolektywu młodzieży szkolnej z niesprawiedliwością społeczną i rekinami podziemia gospodarczego wczesnego okresu transformacji. Dodatkowo, strzelanie z procy zabijało czas w oczekiwaniu na pociąg, który miał rozjechać poukładane na szynach monety, w późniejszym etapie naboje hukowe. W tym samym miejscu na Wielkim Kacku podczas drugiej wojny światowej wysadzono transport hitlerowski z amunicją, więc miejsce było mocno historyczne i dawało przewagę terenu. Kopaliśmy tam też “makarony” – sprasowany proch artyleryjski, nauczeniu już czym jest deflagracja. Ale to były niewielkie ilości, 2, 3 kilogramy nie więcej.

Wnioski: prędkość, agresja, bezczelność i planowanie – klucz do sukcesu w walce.

Świeczka w piwnicy.
Najbardziej kinetyczną bronią okresu dorastania było stacjonarne stanowisko testowe zorganizowane w lokalu konspiracyjnym kolegi w sąsiedniej dzielnicy. Mieliśmy na stanie lufę od kbks-u, 4,,,,,,,,5mm / 22LR. Skąd była ta lufa, stanowiąca istotny element broni wymagający koncesji – nie wiem. Ale mieliśmy taką lufę na stanie. Sama lufa była dość nieporęczna. Trudno z niej było zrobić broń. Nie mieliśmy spawarki. Ja wiem, dzisiaj każdy 10-latek ma spawarkę, ale to były inne czasy. Postanowiliśmy zrobić test statyczny. Jak teraz się robi w WITU. Lufę zamontowaliśmy w imadle. Na marginesie – nigdy nie wrzucaliśmy znalezionych pocisków moździerzowych do ogniska, i nigdy nie cięliśmy bomb lotniczych piłką do metalu. Nie dlatego że nie mieliśmy takich środków, albo że nie mieliśmy tak dużego imadła, albo że nie mieliśmy pocisków moździerzowych – po prostu już wtedy wiedzieliśmy że to się źle kończy. W końcu przeczytaliśmy “Przysposobienie Obronne” (MON wydanie 1978, uzupełnione). Do środka włożyliśmy kulkę od łożyska 4-5mm na wcisk (łożyska i kulki do łożysk były wszędzie w tamtych czasach, nie wszystkie utknęły w dupie Barrego). Do środka nabój od pistoletu startowego – albo od kołkownicy, nie pamiętam (kołkownica pirotechniczna mogła być ukradziona ze stoczni) Zablokowaliśmy komorę nabojową – z pamięci chamsko wkręconą śrubą, byliśmy na niskim poziomie kultury technicznej. Pod tą konstrukcją zapaliliśmy świeczkę.  Vis a vis lufy postawiliśmy blok rzeźnicki, taki 50 X 50 cm, kilka desek sosnowych i karton. Nie wiem na co liczyliśmy z tym kartonem. Miał chyba zatrzymać pocisk jak by wszystko inne zawiodło. Po paru minutach oczekiwania, wycofani do pomieszczenia obok, nauczeni doświadczeniami ostatnich lat; huk i wystrzał. Okazało się że nasza kulka przebiła bez problemów blok, przeszła przez wszystkie deski, przeleciała przez karton i na koniec wbiła się w obudowę innego łożyska leżącego na półce w piwnicy (po co im było tyle łożysk?). Obudowy od łożysk są bardzo twarde, jednak nasz pocisk wbił się do połowy w twarda stal. Kulki są twardsze od obudowy, dlatego łożysko działa. Najmocniejsza broń tamtych czasów. Na jednym teście się skończyło. Byliśmy młodzi, chcieliśmy żyć.

wnioski: piwnica uczy życia

Broń gazowa,  chemiczna i biologiczna.
Pewną wariacją samorobnego napalmu, była broń karbidowa. Opiszę w skrócie, gdyż uwaga; już w tym czasie lata swojej świetności miała za sobą i w tamtym okresie traciła bardzo na popularności. Prawdopodobnie jesteśmy ostatnią generacją, która załapała się na eksperymenty z karbidem i saletrą. Zasady działania bomby karbidowej nie opiszę dokładnie – puszka, wapno, dziurka , zapalniczka. Jakoś tak to szło. Do tego kapsle wypełnione saletrą. Kapsel od wódki, kapsel od piwa. kilkanaście litrów spirytusu na głowę każdego żyjącego w czterdziestomilionowym wtedy państwie człowieka równało się nieskończony zapas kapsli. Zapałki. Kombinacja łączona, podpalana i rzucana po asfalcie jak wirujące bączki. Na koniec proste wulkany: usypany w ziemi stożek z saletry zmieszanej z cukrem i podpalony. Nie było na to czasu, byliśmy zbyt zajęci paleniem nadmiaru kapiszonów. To był bardziej eksperyment pirotechniczny niż broń. W tym miejscu warto wspomnieć o wypalaniu trawy. Na wiosnę, albo na jesień, podstawowym zajęciem lokalnej młodzieży było podpalanie trawy w przydrożnych rowach, nasypach kolejowych oraz innych ogólnie dostępnych miejscach. Podpalaliśmy trawę w miejscach bardzo publicznych. Jedna ekipa podpalała jadąc rowerem wzdłuż drogi rzucając zapałki, druga gasiła. Zero interwencji ze stony odpowiedzialnych dorosłych. Ekipa podpalaczy oraz ekipa gaśnicza były w symbiozie. Nigdy nie udało się podpalić na tyle dużo trawy żeby tamci nie mogli na czas jej zgasić, więc straty materialne zostały ograniczone do minimum. Po latach ponownie spotkałem się z tą taktyką wypalania traw. W szkole piechoty w Singleton, jeden z sierżantów z przeszłością służby w RPA, na każdą zadaną teoretyczną sytuację taktyczną odpowiadał: “podpalimy busz”. Nie było problemu, którego nie mógłby rozwiązać podpaleniem buszu i sprzyjającym wiatrem. Można to porównać do użycia miotacza ognia do samoobrony. W windzie. Ale mówił z doświadczania. Podobno. Tak było.

Wnioski: wszystko się pali

Flary i race.

rakieta

Jednym z ciekawszych urządzeń pirotechnicznych, których używałem na masową skalę w szkole podstawowej były race sygnalizacyjne. Legenda głosi że nasz drużynowy pracował w porcie i zamiast wypłaty dostawał worki przeterminowanych rakiet sygnalizacyjnych z szalup okrętowych, okresowo wymienianych. Mieliśmy tego w ZHP naprawdę dużo. ZHP było zresztą podstawową organizacją paramilitarną, i nie przypominało tego festynu odznak jaki widzę dzisiaj. Rzucanie nożami do drzew, lub saperkami, podchody, maskowani i warty to był stały repertuar tamtych zajęć. Przygotowania do trzeciej wojny światowej były jasno wyznaczonym celem, i nikt nie miał złudzeń. Gdzie organizacja zrobiła błąd, który doprowadził do jej obecnej formy – nie wiem. Rakiety były odpalane ręcznie, za pociągnięciem sznurka. Jak granaty M24. Wodoodporne, pakowane indywidualne w foliowe worki. Folia – wiadomo – materiał do pochodni napalmowych, ale już wtedy ten etap był za nami. Rakiety miały dwa stopnie – pierwszy wyrzucał metalowy cylinder na 250m w górę, tam odpalał się drugi stopień – ładunek oświetlający opóźniony spadochronem. Zielony biały i czerwony. Szybko okazało się że rakiety lecą nie tylko 250m w pionie, ale też 250m w poziomie. Potem okazało się, że odpalone z przystawki w nasyp kolejowy, po 3-5 sekundach – w momencie odpalenia drugiego stopnia, spektakularnie eksplodują. Później, okazało się że działają również pod wodą. Można spokojnie strzelać w jezioro, najlepiej pod lód, dla bardzo widowiskowych efektów. Ponownie, brak ofiar w ludziach. Niezależnie od liczby wystrzelonych w pobliskim lesie rakiet, nigdy żaden patrol Milicji się nie zjawił. Ludzie w tamtych czasach traktowali ostrzał rakietowy jak coś normalnego. Dzisiaj jak świeci tęcza też nikt nie dzwoni przecież po straż miejską. Grupa małoletnich pod dowództwem 15-latka zimą w lesie, strzelający rakietami do siebie, do drzew i do jeziora w zimie? Żaden problem! Inna mentalność.

Wnioski: Pieniądze szczęścia nie dają, pod warunkiem że wypłata jest w rakietach.

Wazduszka i działo bezodrzutowe.
Najbardziej nudną bronią tamtego okresy była wiatrówka 4,5mm przywieziona jakimś cudem przez wujka z Anglii, razem z transportem deficytowych bananów. Zwykła łamana wiatrówka, na której poznawałem podstawy celowania przyrządami mechanicznymi. Śrut do kupienia w składnicy harcerskiej, mimo że nie było tam wiatrówek. Szczytem moich osiągnięć było regularne trafianie w spinacz biurowy trzymający tarczę na dystansie 10 kroków. Dzisiaj tak daleko już nic nie widzę, o strzelaniu nie wspomnę. Strzelanie do tarczy szybko nam się znudziło i żeby nie strzelać do siebie, waliliśmy do żołnierzyków w dużej piaskownicy. Nie było by w tym nic zaskakującego, gdyby nie fakt że piaskownica była w dużej piwnicy bez dostępu światła dziennego. Nie wychodziliśmy za często na powierzchnię. Lekcja z Czarnobyla została odrobiona. Czy wspominałem że przeczytaliśmy wielokrotnie “Przysposobienie Obronne”? Podczas zabaw w piaskownicy zaczęły się też pierwsze eksperymenty z działem bezodrzutowym. Zrobiliśmy model katiuszy – ciężarówka z zestawem rurek, do których były wkładane mini-petardy – to musiało być już chyba po upadku muru, bo wcześniej tylko kapiszony i korki – w każdym razie te małe petardy – 5-7mm, po odpaleniu zapalniczką, wylatywały z modelu katiuszy, siejąc spustoszenie w szeregach armii 1:72. Pierwsze działo bezodrzutowe.

Wnioski: piwnica może być placem zabaw, pod warunkiem że nie jest w przedszkolu przyklasztornym.

Wilhelm Tell z Kościerzyny.

Crossbow

Równolegle w tym okresie mój ojciec zrobił kuszę. Taką solidną, dębową, a jako że był stolarzem, całość była wykończona bardzo profesjonalnie. Nie wiem co było genezą tego projektu. Chyba brak Sarinu niezbędnego do zagazowania wróbli na poddaszu. Jedynym mankamentem kuszy było łęczysko, zrobione w pierwotnej wersji z resora od malucha. Taka zabawka dla dzieciaków. Okazało się że trudno to napiąć dziecku, de facto potrzeba sześciu mężczyzn żeby to napiąć, więc kolejna wersja miała łęczysko wykonane ze sklejki dębowej. To już szło z trudem, ale jakoś dało się napiąć. Oczywiście taką zabawkę dostaliśmy bez większych oporów i ostrzeżeń na użytek własny, bez okularów ochronnych. Aż tak bardzo rodzice nam ufali? Bełty były wykonane z rurek aluminiowych 6mm, lotki ze starych dysków 8-calowych IBM. Groty pierwotnie były toczone z aluminium. Później improwizowaliśmy – śruby, gwoździe, wersja z tryzubem/harpunem na lince, a w ostatnim stadium ewolucji eksplodujące bełty wypchane korkami. Kusza na 10 metrach przebijała pokrywę od metalowego śmietnika. Kusza przetrwała do dziś i gdzieś leży. Czeka w ukryciu.

Wnioski: Kusza dla dzieci powinna mieć korbę do napinania.

Samopały gazowo-powietrzne.
Mechanicznie najbardziej zaawansowanym urządzeniem miotającym naszej produkcji była fuzja na korki. To był rodzaj strzelby gładkolufowej obsługiwanej zespołowo, ładowanej od przodu. Technologia zamka ryglowanego była jeszcze poza naszym zasięgiem. Rurka hydrauliczna około 20mm, długa na metr, była przymocowana obejmami do deski stanowiącej prymitywne łoże i kolbę. Z drugiej strony zaślepiona nakrętką z otworem. Przez otwór wprowadzony drut pełniący rolę iglicy. Sekwencja ładowania – korek, papierowa przebitka, gruby żwir. Jedna osoba celowała a druga waliła deską w drut, detonując korek. Zasięg zadziwiająco dobry, donośność 40-70 metrów. Z dwóch metrów wiązka śrutu przebijała 4-7 “Światów Młodych” (nie mylić ze “Sztandraem Młodych”) złożonych razem. Ofiar brak. OK, jeden blue on blue.Brat został ostrzelany żwirem, stąd wiem że zasięg maksymalny to 70m. Ewolucją tej konstrukcji była broń zbudowana na bazie tej samej kolby ale działająca na innej zasadzie. Do wcześniej zorganizowanej lufy od kbks-u z uszkodzoną komorą nabojową, zamontowaliśmy od pompkę do piłek. Taka pompka jak do roweru ale znacznie krótsza i o większej średnicy. Pompkę naciągało się do tyłu za pomocą dwóch gum z ekspandorów. Do środka śrut, odciągniecie gum do tyłu i w efekcie powstawała bardzo skuteczna ale strasznie nieporęczna broń wiatrowa. Smar w lufie się palił. Potrzeba matką wynalazku. Nie było internetu.

Wnioski: wiatrówka może zabić

Werwolf spotyka Banderowców
Ostatnia broń, opisem której zakończę pierwszą część felietonu, miała równocześnie największy potencjał śmiertelnego rażenia i jej powstanie jest najmniej racjonalne. Do dzisiaj nie ma na to wytłumaczenia. Mianowice podczas ostatnich wakacji w Polsce, znaleźliśmy fajny fragment okopów w pobliskim lesie, który postanowiliśmy zaadoptować do naszych potrzeb. Przez kilka dni okop był pogłębiany, ściany wzmacnianie. Powstało nawet zadaszenie, pełniące rolę maskowania z powietrza. Zagrożenie ze strony lotnictwa, po doświadczeniach ostatniej wojny, mieliśmy opanowane. Do ochrony obiektu wdrożyliśmy w życie jeden z pomysłów Adama Słodowego (?) – system alarmowy na odciągach. Klamerka, dwie blaszki, pomiędzy nimi guzik jako izolator, blaszki podłączone pod mały głośnik zasilany baterią. Amatorka, ale działało. Zahaczenie o żyłkę, wyciągało guzik z klamerki, blaszki się dotykały i alarm wył – sygnalizując nieprzyjaciela zbliżającego się do naszej bazy. Ale pod koniec wakacji zrozumieliśmy że nasz bunkier będzie trzeba opuścić i może on ulec zniszczeniu. W celu zabezpieczenia naszego dobytku – w środku trójmiejskiego parku krajobrazowego  postanowiliśmy przygotować pułapkę na nieproszonych gości. W domyśle niedobitków UPA, ewentualnie Werwolfu. Mieliśmy już wtedy taką świadomość polityczną. Wykopaliśmy na środku naszego bunkra dół. Głęboki na około półtora metra – samodzielnie nie można było z niego wyjść. Na dnie oczywiście zaostrzone patyki. Tylko to nie była taka dziecięca zabawka – to były zaostrzone jak brzytwa pale, które zabiły by predatora gdyby tam wpadł. Całość starannie zamaskowana – co nie było łatwe, bo dół miał dobry metr na metr szerokości. Misternie ułożone maskowanie z gałązek, przysypane cienką warstwą piasku i liśćmi. Niestety wtedy nie mieliśmy fachowej wiedzy żeby zaostrzone paliki pokryć ekskrementem. Nie byliśmy na tym etapie. Do dzisiaj nie wiem czy nasz dól pochłonął ofiarę. Sądząc bo braku zakrojonych na szeroką skalę przez zwarte oddziały wojska i milicji poszukiwań morderców z lasu, lub obławy na domniemanych banderowców, dół nikogo nie zabił. Prawdopodobnie.

Wnioski: nie warto chodzić po lesie, nie wiadomo w co się wdepnie.

Koniec części pierwszej.

#Prezes

Sicario z Grudziądza. Tragedia w trzech aktach.

Trening to zespół świadomie wykonywanych czynności i procesów mających na celu podniesienie umiejętności fizycznych lub psychicznych.
Wynikiem treningu fizycznego jest adaptacja i wzrost poziomu cech motorycznych związanych z daną dyscypliną sportu. Całe życie jest formą treningu, uczymy się chodzić, mówić, poznajemy matematykę, języki obce oraz inne umiejętności. Osobie aktywnie trenującej dowolną dyscyplinę, można zadać wiele konkretnych pytań; podstawowe z nich to: “…co trenujesz?“, “…po co trenujesz?” oraz “…dlaczego tak trenujesz?“.

Nie inaczej jest z treningiem obsługi broni palnej.

Wiele osób zaczyna w dzieciństwie od zabawek, awansując do broni pneumatycznej, później, często na skutek kontaktu z wojskiem, mają do czynienia z obsługą broni długiej, maszynowej na działkach i armatach kończąc. Bardzo istotnym, wręcz podstawowym pojęciem sztuki treningu jest wizualizacja. Wizualizacja celów, osiągów i zamierzonego efektu końcowego.
Bokser walący pięściami w worek treningowy wizualizuje sobie przeciwnika, mistrz Kenjutsu tnąc mieczem powietrze ma przed sobą obraz atakującego go samuraja, ewentualnie nunczako karatecznika. Tak samo trenuje żołnierz. Strzelając do tarczy na 100m, z pozycji leżącej, w domyśle strzela do wroga narodu, bez imienia i twarzy. Jest oceniany na skupienie i punkty. Lepiej trafić w 9 niż w 8, lecz za polem tarczowym kryje się synteza celu jego treningu jakim jest porażenie przeciwnika z broni palnej możliwie szybko na możliwie dalekim dystansie. Na późniejszych etapach szkolenia, cel staje się bardziej realistyczny. Za Figurą Bojową nr 27 powszechnie znaną jako “bolek i lolek” kryje się wizualizacja obsługi karabinu maszynowego nieprzyjaciela. Popularne kursy strzeleckie generalnie dzielą się na poziom podstawowy i zaawansowany, ale te bardzo deficytowe w j. polskim słowa zostały oczywiście zastąpione angielskimi basic i advanced (wymawiane BEJSIK / AWANSED np: “…byłem na BEJSIKU, teraz jadę na ADWANSA…”). Wizualizacja celu z każdym poziomem staje się bardziej wyraźna i realistyczna.
Niestety, żaden z powyższych szablonów treningowych nie ma odniesienia do ostatnich pokazów strzelectwa artystycznego, których jestem świadkiem dzięki stałemu dostępowi do internetu i serwisu dżutub. Jako osoba niepotrafiąca strzelać, której lekarz zabronił już kiedykolwiek dotykać broni, zawsze jestem głodny wiedzy praktycznej a internet jest jedyną formą kontaktu z bronią jaka jest dla mnie relatywnie bezpieczna. Obserwuję teraz początek zjawiska określanego przez biegłych jako faza ultra paradoksalna w klasycznej typologi Pawłowa. Moje obserwacje przedstawiam poniżej w trzech aktach.
Akt 1 – Circo Massimo

Moją uwagę przykuł włoski Instruktor, znany z zamiłowania do asfiksjofilii autoerotycznej, lusterek i balonów oraz gigantycznych zegarków ciekłokrystalicznych (podejrzewam że ma bardzo poważną wadę wzroku). Na opublikowanym filmie, oprócz stałych elementów jego rutyny rodem z lat świetności szkoły w Julinku (batuta dowolna oraz żonglerka improwizowana), szczególną uwagę należy zwrócić na mimikę twarzoczaszki. Konkretnie to co ten facet odpierdala z zębami i ustami. Podczas strzelania, Instruktor popada w szereg perseweracji zagryzając zęby i wykrzywiając twarz w potwornym grymasie wysiłku. Robi to w fantastycznym tempie. Szybciej niż strzela. A strzela bardzo prentko. Prawdopodobnie jest to skutek trwałego uszkodzenia mózgu, klasyfikowaną jako afazja Wernickiego. Napierdalany za młodu pałą i karmiony rtęcią, dążył do odzyskania swojej tożsamości i statusu społecznego po upośledzeniu wzrostu (długo się zastanawiałem czy to napisać, ale wspomniany Instruktor jest karłem, co jest faktem i nie pozostaje bez znaczenia dla tła psychiki jego przekazu). Instruktor wstąpił do policji lub innej uzbrojonej formacji mundurowej mającej na celu zastąpienie nieobecnego w dzieciństwie ojca. Tam nabył w majestacie prawa pewien status i władzę jaką obdarzył go mundur i dostęp do broni palnej. Nie będąc w stanie realizować się fizycznie odrzucany przez kolejne potencjalne partnerki, popadł w spiralę świata fantazji w której zabija wyimaginowane cele – prawdopodobnie to są projekcje jego oprawców z dzieciństwa. Otoczony wszystkimi możliwymi atawistycznymi atrybutami męskości: zarost syberyjskiego drwala, okultystyczne tatuaże nordyckich bogów, amulety i bransolety pomniejszych bożków, lustrzane okulary pilota  i oczywiście broń – idealna manifestacja kultu fallicznego – codziennie przeżywa dziecięcą traumę. Cele są blisko, nieuchwytne, ruszają się na długich tyczkach. Symbolika złamanej psychiki. Teraz odgrywają w teatrze rozdwojonej jaźni upiorne sceny z dzieciństwa, kiedy był zbyt słaby żeby bronić rodzeństwo przed kolejnymi opresjami zadawanymi przez konkubentów wiecznie pijanej matki. Nie będąc w stanie realizować się profesjonalnie w służbie (ilość filmów na dżutube odwrotnie proporcjonalna do merytoryki jego przekazu), stwarza własny świat w którym opanowane przez niego do perfekcji, wyimaginowane konkurencje strzeleckie, stale pozycjonują go na szczycie stworzonej przez siebie piramidy bałwochwalców. Kiedy zrozumiemy poprawnie ten mechanizm traumy, którego efektem są miliony dżutubowych wyświetleń, nabierzemy dystansu i empatii do tego miłego w kontakcie osobistym lecz bardzo groźnego, pacjenta

 
Jakim mechanizmem kierowało się Dowództwo Wojsk Specjalnych, zapraszając na szkolenie cyrkowego karła, pozostaje poza moim horyzontem percepcji. Interesujący jest medialny transfer wartości, który nastąpił po jego wizycie. On może teraz mówić że szkolił jednostki specjalne w Polsce, tym samym certyfikuje zewnętrznie swoje symptomy choroby psychicznej (pamiętajmy że w afazji Borki-Wernickiego pacjent nie ma świadomości choroby!). Natomiast co może powiedzieć DWS? Cóż, teraz mogą powiedzieć że byli na pokazie w cyrku. Że nie ma żadnej innej propozycji szkoleniowej? Że dopuszczają możliwość transferu umiejętności z takiego źródła do własnej rutyny szkoleniowej? W domyśle program szkoleniowy wojska specjalnych jest tak słaby, że nawet na poziomie decyzyjnym szef szkolenia nie jest w stanie wyłapać upośledzonego psychicznie człowieka proponującego farsę. Zrozumiała jest jeszcze forma festynu, podczas którego zbierane są środki na jego leczenie. Może się mylę, w końcu chorego przyjmujemy  w jego świecie i tak naprawę DWS miał świadomość i to była tylko taka forma terapii PTSD. Pozostaje mieć taką nadzieję.
Akt 2 – Grudziądz nocą

Kiedy podczas treningu na strzelnicy, Policjant krzyczy “STÓJ POLICJA!” przed oddaniem strzałów do tarczy, mamy do czynienia z wizualizacją.

W najprostszej wersji, możemy sobie wyobrazić złoczyńcę, dobywającego broń, lub wykonującego czyn bezpośrednio zagrażający życiu i mieniu znacznej wartości. Widząc takie zdarzenie Funkcjonariusz, okrzykiem identyfikuje się jako przedstawiciel prawa i wzywa do zatrzymania. Na ten okrzyk, na taką procedurę, zachodnia cywilizacja pracowała trzy tysiące lat. Wezwanie jest propozycją dialogu, jest kulturą słowa i pojednania. Pokojowym rozwiązaniem, zaproszeniem do negocjacji, mimo przewagi jaką daje wyszkolenie, uzbrojenie i siłą państwa, stojąca za funkcjonariuszem.

Nawet drugi okrzyk: “STÓJ BO STRZELAM!” jest kontynuacją tego dialogu, funkcjonuje bardzo wysoko w warstwie komunikacji interpersonalnej. Jest propozycją uniknięcia negatywnej konsekwencji. Jest również demokratycznym zaproszeniem do poniesienia odpowiedzialności za własne czyny w ostatecznej manifestacji wolności jednostki. Wszystko jest dopuszczalne, są jedynie konsekwencje. Reakcja wymaga od adresata takiej sentencji szybkiej, i pozytywnej interpretacji negatywnych skutków odrzucenia takiego wezwania.

Do dzisiaj propozycja użycia śmiercionośnej siły przez funkcjonariuszy, w postaci strzałów bez ostrzeżenia lub wykorzystania strzelców wyborowych z dystansu budzi kontrowersje. Jest to naturalny odruch, gdyż jako cywilizacja zachodu, która skutecznie rozdzieliła rząd od kościoła i podzieliła państwowość na odrębne piony legislacyjne i wykonawcze, wzbraniamy się naturalnie przed ostatecznym wymierzeniem kary, jaką jest śmierć, bez wcześniejszego procesu. Jest to bezpośrednie odrzucenie chrześcijańskiej idei odkupienia grzechu, na której jest zbudowana europejska kultura. Strzelając bez ostrzeżenia negujemy niepodważalną możliwość nawrócenia każdej duszy i świadomego wyznania grzechu oraz nieuchronną pokutę. Nie dajemy szansy dla nadziei jaką niesie słowo. Te wszystkie wartości kryją się pod tym banalnie prostym ostrzeżeniem: “POLICJA STÓJ BO STRZELAM!”

Jak w takim wypadku wytłumaczyć można ćwiczenia strzeleckie polegające na oddaniu serii strzałów stojąc 1m od celu z pozycji spoczynku? Zastanawiam się, co dzieje się w umyśle takiego strzelca i jaka jest sytuacja, którą sobie wizualizuje.

Policjant, nawet antyterrorysta, wchodzi do akcji z pewnym zamiarem i wyprzedzeniem. Jeżeli jest wzywany do sytuacji groźnej, np. “…szwagier zabił kuzyna siekierą…” – może się przygotować – przeładować broń zanim wejdzie do akcji, wrzucić granat hukowo-błyskowy, który ma obezwładnić – przecież nie zabić. Jeżeli działa z zaskoczenia, nagle, jest świadkiem zajścia, ma ono miejsce w czasie, rozwija się. Jak często idąc po ulicy dostajemy siekierą w plecy, albo spada nam na głowę lodówka? Nawet jeżeli już sięgając po broń, krzycząc “POLICJA!”, wie że za chwilę jej użyje, występuje, powinna wystąpić, minimalna pauza przed naciśnięciem spustu. To jest punkt decyzyjny. Decyzja o użyciu broni. Skomplikowana. Prawdopodobnie najtrudniejsza decyzja w życiu, której nikt zdrowy nigdy nie chce podjąć. Nawet jeżeli ta decyzja następuje pomiędzy momentem dotknięcia broni w kaburze, a zgraniem przyrządów i naciśnięciem spustu, następuje świadomie. Jak więc wytłumaczyć przejście ze stanu zupełnego spoczynku, rozluźnienia przed celem, do oddania serii śmiertelnych strzałów dwie nanosekundy później na skutek dźwięku elektronicznego budzika?

Zastanówmy się nad kontekstem cywilnym. Obrona domu odpada. Jeżeli w środku nocy obudzi nas dźwięk tłuczonego szkła, zanim sięgniemy po broń, zanim zorientujemy się że Sasza Igorovich wali w drzwi siekierą –  bo mu sprzedaliśmy fałszywe ruble transferowe i teraz przyszedł nas zabić – to wszystko zajmuje czas. Nawet jak Wołodia Własow (nazwisko zmienione) wywali nam ścianę w domu na blejdach i w towarzystwie kompanów z Afganistanu zacznie szturm na nasze mieszkanie w bloku na 8 piętrze, to minie kilka sekund zanim założymy protivogaz, przeładujemy PK z którym śpimy na kolanach i zaczniemy się ostrzeliwać zza wersalki.

Analizując dalsze możliwości:

Płatni mordercy – podejdą do nas w tramwaju i strzelą nam w głowę. Z rewolweru. Umrzemy. Odpada.

Napad na bank – stoimy w kolejce, przed nami dziwny facet o ciemnej karnacji. Kiedy schyla się po teczkę, zza paska wypada mu klamka. Strzelamy do niego w plecy 14 razy skanując trzysta sześćdziesiąt, omiatając bronią teren całej placówki SKOK Wołomin, w której się właśnie znajdujemy z zamiarem likwidacji wszystkich lokat zanim smutni panowie, którzy nigdy nie byli w WSI okradną nas do końca. Zatrzymaliśmy napad.

Niestety nie. Zabiliśmy tylko kolegę w drodze na strzelnice, który akurat miał ze sobą broń. Przypadkiem. Bo ją nosił przypadkiem codziennie z amunicją Federal P+ JHP. Bo strzela do tarczy czasem w weekendy. Nawet jak faceci w kominiarkach wpadną do banku i zaczną wentylować sufit seriami z AKSU opróżniając zawartość podpiętych do automatów magazynków bębnowych, krzycząc: всички на земята , защото ние ви убие ! …to mając broń przy sobie, należało by te 3-4 sekundy odczekać zanim zaczniemy do nich walić. Ale hej, ja wam życia układać nie będę. Możecie strzelać od razu. W zeszły czwartek już odjebaliście jednego gościa w banku, do trzech razy sztuka. Może teraz się uda.

Konfrontacja biznesowa – przychodzimy do firmy po towar, kładziemy gotówkę na stół. WTEM! Nasz kontrahent wyciąga pistolet, my błyskawicznie dobywamy broń i strzelamy mu w głowę. To ma sens. No ale jak już handlujemy takim towarem gdzie możemy zostać zabici z zaskoczenia, to chyba czas zmienić profesję albo zastrzelić wcześniej kontrahenta w tramwaju. Patrz dwa punkty wyżej. W jakim świecie ludzie przechodzą od rozmowy o zbiorach numizmatycznych i oglądania klaserów do strzelania sobie w głowę? Nie wiem. Widziałem to tylko na filmach jak gangsterzy zabijają kolegów – z przystawki z rewolweru strzałem w głowę. Wydaje się że bardziej zasadna w takiej sytuacji była by nauka swobodnego spadania na dywan z pozycji stojącej wyprostowanej. Albo sztuka spektakularnego krwawienia na samochodową tapicerkę.

Jedyne logiczne wytłumaczenie, jakie znalazłem, a myślę o tym od kilku tygodni (pamiętajcie że mam dużą głowę, procesy u mnie zachodzą szybciej niż u zwykłych ludzi) jest takie że to szkolenie ma na celu trening przed zabiciem policjanta. To jest jedyny sens. Strzelec wchodzi w konfrontacje już z zamiarem zabicia funkcjonariusza i teraz tylko czeka na okazje. Szkolenie dla płatnych morderców podczas rutynowej kontroli dokumentów w Grudziądzu. Być może nocą. Delikwenta zatrzymuje patrol milicji, ten im daje papiery, kiedy oni mają ręce zajęte – strzela im w głowę trypletami, skanuje, (BAM!! BAM BAM !!! BAM BAM BAM BAM BAM BAM (SKAN!) BAM BAM!!! BAM BAM BAM!!!) …i idzie dalej. Wtedy takie szkolenie ma sens jeżeli to jest zamiar końcowy.

Zastanawiałem się nad źródłem takiej projekcji rzeczywistości dwubiegunowej. Odpowiedź była ewidentna. Jak prawda, ukryła się na widoku. Wszystko rozbija się o popularny sposób noszenia broni z lufą skierowaną w jądra i prącie męskie, czyli tzw “appendix carry” (bez angielskiego się nie obejdzie) ale ja na to wolę mówić noszeniem robaczkowym – wyrostek robaczkowy jest trochę z boku, przynajmniej był na tych ludziach, których rozcinałem, ale chyba taka nazwa jest bardziej egzotyczna niż bezskutecznie postulowany przeze mnie format: “jądrostrzał“. Czyli klamka w spodniach, na jajach. Bardzo ciekawy sposób przenoszenia broni. Skuteczny pod warunkiem że przemieszczamy się przez życie w krótkich spodenkach i podkoszulku, (teraz się nie dziwię dlaczego kontrahent chciał nas zastrzelić) gdyż dobycie broni z tej pozycji wymaga pewnych prestidigitatorskich umiejętności – jedna ręka podnosi do góry koszulkę, druga wyciąga klamot – i pod warunkiem że nie odstrzelimy sobie jąder, nie nosimy fraka, koszuli wpuszczonej w spodnie, spodni z paskiem, skórzanego płaszcza, gorsetu, koszulka nie zaplącze nam się w pistolet, lub jesteśmy otyli (dla kałdunowców ten sposób noszenia się nie nadaje) pod warunkiem że wyfrezowany zamek ZEV nie zahaczy się o koszulkę, pod warunkiem że celownik holograficzny z przystawką powiększającą nie zahaczy o spodnie i wszystkie inne możliwe permutacje tej katastrofy zostaną spełnione, pistolet znajdzie się w rękach użytkownika i będziemy mogli strzelić ofierze (bo raczej nie napastnikowi) w głowę.

Trzymanie broni w linii prącia, jest sposobem na przedłużenie deficytu męskości, oprócz oczywistego już faktu posiadania broni. Wystrzał na krótkim dystansie, w szybkim tempie, jest niczym innym jak próbą kontroli dysfunkcji seksualnej. Sam akt projekcji zabicia ofiary jest bardzo męski, gdyż zabicie uzbrojonego przeciwnika jest szczytem manifestacji męskości,  a zabicie wszystkich mężczyzn na planecie gwarantuje dostęp do wszystkich kobiet i dominację własnych genów, co jest jedynym namacalnym sensem istnienia. Ten trening można porównać do formy masturbacji, która sama w sobie jest odruchem naturalnym lecz nie prowadzącym do prokreacji, tak samo walenie do tarczy z przystawki jest uwstecznieniem nie mającym żadnego wpływu na realne umiejętności.

Akt -3 hamowanie transmarginalne 

Pewną ewolucją tego treningu jest popularna “praca na samochodzie” polegająca na spektakularnym ostrzelaniu własnej osoby odłamkami szkła z wewnątrz wraku samochodu ściągniętego na teren strzelnicy. Taki trening jest poprzedzony wpisami: “zapraszamy na samochód“, “już za tydzień samochód“, “podstawy pracy na samochodzie” i oczywiście: “dynamiczne techniki walki w samochodzie bronią palną w wielowektorowej sytuacji taktycznej w środowiskach wstrząśniętych” itp. Im nazwa bardziej jest kretyńska tym przekaz szkolenia jest mniej wartościowy, lecz wszystkie zbliżają się do poziomu pseudonimu włoskiego instruktora.

Ten trening strzelecki polega na ostrzelaniu celów stojących bezpośrednio przy samochodzie, wyjście z pojazdu i kontynuacja wymiany ognia z tworami własnej wyobraźni na dalszym dystansie. Ponownie należy odrzucić jakiekolwiek zastosowanie wojskowe, gdyż taki trening nie jest znany żadnej formacji wojskowej na tej planecie, rzeczywistej lub wyimaginowanej, a prosty fakt opancerzenia pojazdów wojskowych wyklucza przestrzelenie przedniej szyby.

Kolejny fakt na kursie kolizyjnym z rzeczywistością jest strzelanie przez osobę na miejscu kierowcy do jakichkolwiek celów. Jeżeli strzela to znaczy ze nie trzyma kierownicy, to znaczy że pojazd stoi a to niestety znaczy że kierowca nie żyje. Kierowca jest zresztą pierwszym i głównym celem ognia npla i strzelanie do kogokolwiek jest jego ostatnim problemem. Warto przypomnieć historyczne fiasko planowania słynnej akcji pod arsenałem, gdzie mechanizm zatrzymania ciężarówki z więźniami był najsłabszym ogniwem i niemal doprowadził do klęski całej operacji. Dygresja historyczna.

Służby ochrony VIP również nie mogą być przedmiotem takiego szkolenia, gdyż na ulicach Medellin załoga policyjnego samochodu zostaje z reguły zabita przez motocyklistów uzbrojonych w dwa pistolety maszynowe klasy Ingram 11 strzelających z zaskoczenia, z dystansu 25-35 centymetrów. Takie sceny dobrze widać w filmie dokumentalnym Narcos (warto zobaczyć na Netflix w przerwie od Dżutub, jako źródłowy materiał szkoleniowy). Służby typu BOR lub Secret Service, kiedy są zagrożone atakiem w formie zasadzki, również posiadają samochody opancerzone. Jeżeli nie posiadasz samochodu opancerzonego to znaczy że nie robisz niczego w życiu co wymagało by szkolenia strzeleckiego – jesteś za biedny i mało znaczący żeby ktokolwiek chciał Cię zabić. A nawet jak już, to jest opcja strzału w głowę kiedy rano będziesz jechał windą wyprowadzić psa. Jak już masz tak zrobione w bani, to prawdopodobnie masz psa, którego trzeba wyprowadzać z domu bo inaczej nasra na dywan. Więc wszystko jest możliwe.
Jedynym logicznym zastosowaniem takiego szkolenia jest ćwiczenie zabicia policjantów z drogówki. Nawet tarcze ustawione są w podobny sposób. Policjant zatrzymuje samochód do rutynowej kontroli, i na sygnał dowódcy komanda śmierci jadącego tym pociągiem wyobraźni, jest zabijany – reszta projekcji to już odegranie scen z filmu “Gorączka” gdzie w rolę gangsterów z bronią maszynową wcielają się Robert De Niro, i jeszcze szczupły Val Kilmer. Mówiąc o broni maszynowej. Nie chcę się czepiać, ale po co to całe szybkie strzelanie? Wszystkie służby na świecie mają dostęp do broni maszynowej. Jak musisz szybko strzelać żeby udawać karabin maszynowy, to znaczy że nie masz karabinu maszynowego, a to znaczy ze prentkie strzelanie nie jest Ci do niczego potrzebne. Dygresja. Widząc samochód na strzelnicy, należy spokojnie, i powoli się wycofać do domu, zażyć letniej herbaty. Odpocząć. Nikt do Was nie strzela i nie będzie strzelać, a jak będzie to po prostu umrzecie zabici na śmierć w samochodzie. Co może robić 2-3 uzbrojonych w karabinki samopowtarzalne dorosłych mężczyzn z brodami, w czapkach z daszkiem w zatrzymanym na strzelnicy wrakiem samochodu w środku lata, będąc równocześnie w cywilu jest znowu poza moją percepcją. Jak wiele spraw.
Podsumowując. Włoski instruktor cierpi na bardzo poważne zaburzenia psychiczne manifestujące się szeregiem perseweracji, których z definicji nie kontroluje. Strzelanie do tarczy z jednego metra jest wyścigiem paranoidalnej wyobraźni z projekcją dwubiegunową. Strzelanie przez szybę z wraku samochodu do tarczy przyśpiesza statystycznie pewną, przypadkową i tragiczną śmierć na strzelnicy, kiedy kolejny raz ludzie bez podstaw nauczają na podstawie interpretacji filmów z Dżutub technik, których amatorscy odbiorcy hobbystycznego przekazu nigdy nie wykorzystają. Jedyna namacalna wartość tych szkoleń to stworzenie śmiertelnego zagrożenia dla siebie i wszystkich kursantów. Zdrowy rozsądek jest w tej sytuacji taki sam jak kierowca przedmiotowego pojazdu – martwy.
#Prezes


Koszyk